Potem nadszedł czas przejścia na emeryturę. Jako „nagrodę” państwo wypłacało mu co miesiąc tak małą sumę, że ledwo wystarczała na opłacenie rachunku za prąd. Nawet po przejściu na emeryturę Zsuzsa zmuszona była sprzedawać warzywa na targu, aby związać koniec z końcem.
Jego córka Elvira niedawno się rozwiodła. Jej mąż, Norbi, były zięć, nie tracił czasu: natychmiast sprowadził do domu, który wcześniej wspólnie zamieszkiwali, nową żonę. Następnie Elvira wróciła do matki i zamieszkała z małym synkiem Marcim. Zsuzsa zrobiła wszystko, co mogła, żeby im pomóc.
— Mamo, czuję się taka winna… Cały dzień jesteś w ogrodzie albo na targu, a w nocy ledwo możesz się ruszyć — powiedziała pewnej nocy Elwira, gdy parzyła herbatę.
— Chodź, kochanie. Jeśli tylko będę miał siłę, chętnie ci pomogę. Ty także zrób swoją część. W zeszłym tygodniu posprzątałeś połowę ogrodu w ciągu dwóch dni! „Nigdy bym tego nie zrobiła sama” – powiedziała z uśmiechem starsza kobieta. Marci potrzebuje także nowych butów do szkoły. Nie możesz tam iść przez te dziury!
Tak właśnie żyli. Zjednoczeni, wspierali się nawzajem i skrycie mieli nadzieję, że pewnego dnia ich drogi skrzyżują się szczęśliwie.
Pewnego ranka, jak zwykle, Zsuzsa poszła na targ. Jego miejsce było jednym z najlepszych, tuż przy wejściu głównym, więc klienci przechodzili obok niego w pierwszej kolejności.
Oczywiście wiedzieli o tym również pozostali sprzedawcy, w tym Ludmiła, stara znajoma z czasów, gdy była nauczycielką. Kiedy Zsuzsa przybyła, Ludmiła już tam była i porządkowała swoje rzeczy.
-Co robisz? To jest moje miejsce! —Zsuzsa wykrzyknęła zaskoczona.
— Hej, za dużo śpisz — odpowiedziała Ludmiła, wzruszając ramionami. —Przepraszam, ale już się tu zadomowiłem. Ja też muszę zarabiać pieniądze. A naprawienie tego wszystkiego zajmie mi godzinę. Dziś musisz znaleźć inne miejsce, Zsuzsa.
Zsuzsa nie była typem osoby, która się kłóci. Westchnął i odszedł, znajdując wolny kąt, gdzie zaczął sortować warzywa. Trochę dalej stara sąsiadka, Teri, sprzedawała kwiaty.
— A co mówią o twoim byłym zięciu? Czy on wrócił? — zapytała Teri, układając okładki.
— Nie. Teraz ma inne życie. „Inna kobieta, inny świat” – odpowiedziała Zsuzsa, wyjmując z worka pyszne pomidory.
„Młodzi ludzie dzisiaj nie myślą już o rodzinie i dzieciach” – westchnęła Teri. Mój syn również jest nadal singlem; woli jeździć w góry. Hej! Co będziemy robić?
Rozmawiając w ten sposób, czas szybko mijał. Około południa na targu pojawił się młody mężczyzna o niezwykłym wyglądzie. Miał na sobie stare, zniszczone ubrania i wyglądał na trochę zdezorientowanego.
—Mój Boże… on chyba dopiero co wyszedł z więzienia! —szepnęła Ludmiła przestraszona. Pozostali sprzedawcy również uważnie mu się przyglądali.
Mężczyzna podszedł prosto do biurka Zsuzsy. Podszedł bliżej, opróżnił kieszenie, po czym, trochę zawstydzony, powiedział:—Pani, nie mam ani grosza… Czy mogłaby mi pani dać trochę jabłek na kredyt? Przysięgam, że nie jestem złą osobą…
— Nie martw się, synu, weź je. Ale powiedz mi, jak to możliwe, że taki silny młody człowiek jak ty, nie ma ani grosza? — zapytała zaskoczona Zsuzsa.
— Cześć, proszę pani… Właśnie wyszedłem. Ale nie jestem mordercą, nie martw się. To była wina kobiety… Straciłam rozum i wylądowałam za kratkami.
—A twoja rodzina? Czy oni ci nie pomagają?
— Nadal tu jestem… Ale nie chcę do nikogo dzwonić. Chciałbym im zrobić niespodziankę. Wracam do domu, gdzie nikt na mnie nie czeka.

—A mieszkasz daleko?
— Muszę jechać do Szekszárdu.
— O, to wcale nie jest tuż za rogiem!
Chłopiec skinął głową i odszedł kawałek. Zsuzsa widziała, jak rozmawiał z kierowcą na pobliskim przystanku autobusowym. Potem wrócił z nią.
—Pani… czy mogłaby mi pani pożyczyć trochę pieniędzy? To moja ostatnia szansa. Obiecuję, że ci je oddam! Znajdę pracę i oddam im pieniądze!
—Ile potrzebujesz?
—Mniej niż tysiąc to za mało, proszę pani…
Stojący w pobliżu sprzedawcy patrzyli ze zdumieniem, podczas gdy Zsuzsa bez wahania otworzyła portfel i wyjęła banknot o nominale dziesięciu tysięcy florenów. Ręka chłopca drżała, gdy ją wziął.
— Nie wrócisz do domu pieszo, synu. „Proszę” – powiedział z uśmiechem.
– Dziękuję! Niech cię Bóg błogosławi! Przysięgam, że ci je oddam! Nazywam się Palkó. A ona?
– Jestem Zsuzsa, ciocia Zsuzsa.
– Dziękuję, ciociu Zsuzsa! – powiedział z wdzięcznością młody człowiek, od razu zwracając się w stronę autobusu.
– Zwariowałaś, Zsuzsa? – wykrzyknęła Teri. – Nigdy więcej nie zobaczysz tych pieniędzy!
– Wiesz, czasami po prostu trzeba uwierzyć w ludzi. Nie jesteśmy zwierzętami – odpowiedziała cicho Zsuzsa.
– No proszę, dopiero co wyszedł z więzienia, taki facet nigdy się nie zmienia!
Zsuzsa po prostu machnęła ręką i zaczęła zbierać swoje rzeczy.
W drugiej połowie tygodnia Elvira zachorowała. Miał gorączkę, trząsł się, kaszlał i miał czerwoną twarz. Ciocia Zsuzsa nie zniechęciła się, chociaż nie zostało jej już prawie nic na aptekę. Wolała wyjść do ogrodu, nazbierać ziół leczniczych – lipy, tymianku, rumianku – i przygotować z nich napar.
– No, mała, pij powoli – powiedział, podając jej parujący kubek. – Zobaczysz, poczujesz się dziś wieczorem lepiej!
„Nie przemęczaj się za bardzo” – mruknęła Elvira z łóżka.
– Matka nigdy nie ma dość swojego syna… a tym bardziej wnuka – Zsuzsa puściła do niego oko, już myśląc o tym, co ugotować na obiad.
Było już późno, a deszcz zaczął padać, delikatnie uderzając w dach. W środku trzaskał ogień w piecu opalanym drewnem, a kaflowy piec rozsiewał przyjemne ciepło.
W kuchni Elvira czuła się już trochę lepiej i nakrywała stół do kolacji, gdy Marci, jej wnuk, przybiegł z książką z opowiadaniami w ręku.
– Babciu, przeczytasz mi bajkę, zanim pójdę spać?
– Oczywiście, kochanie! – powiedziała, głaszcząc go po włosach. – Którego chcesz?
– Smok! Ten, w którym chłopiec zaprzyjaźnia się z ziejącym ogniem potworem!
– I razem ratują księżniczkę, tak? – Zsuzsa roześmiała się, siadając na skraju łóżka, żeby zacząć czytać.
Wszystko było takie ciche. Rodzina w końcu zebrała się przy stole, a zapach obiadu mieszał się z zapachem deszczu. W radiu cicho leciała stara piosenka, gdy nagle ktoś zapukał do drzwi.
– Kto to może być o tej porze? – zapytała Elvira, patrząc na matkę z pewnym niepokojem.
Zsuzsa zawahała się na moment, po czym wstała i poszła otworzyć drzwi. Zrobił to ostrożnie. Na deszczu stał młody mężczyzna w przemoczonej kurtce i z małą papierową torbą w ręku.
– Dobry wieczór… czy mogę wejść? – zapytał cichym głosem.
Zsuzsa była oszołomiona. Przez chwilę nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył. Potem powoli zaczął to rozpoznawać.
– To ty? Palko?
– Tak, to ja, ciocia Zsuzsa. Przepraszam, że tak nagle przybyłem. To był trudny czas… ale teraz przyszedłem, żeby oddać ci pieniądze, które pożyczyłeś mi na targu.
— Och, gdybyś nie miał tych niepowtarzalnych oczu, nie poznałbym cię! –Zsuzsa się zaśmiała. – Spójrz, jaki jesteś schludny! Jesteś dobrze ubrany, ogolony… wyglądasz jak prawdziwy dżentelmen!
– Ech… próbuję – Palkó uśmiechnął się nieśmiało.
Elvira stała za nimi, na progu, przyglądając się mężczyźnie z ciekawością. Marci szpiegowała z kuchni, trzymając książkę pod pachą.
– Skoro już tu jesteś, usiądź i zjedz z nami obiad! – powiedziała Elvira, trochę zawstydzona, ale życzliwa. – Jest gulasz, świeży chleb…
– Naprawdę nie chcę ci przeszkadzać…
„W ogóle mi nie przeszkadzasz” – odpowiedziała zdecydowanie Zsuzsa. – No, siadaj i jedz. Każdy, kto przychodzi Cię odwiedzić w taką pogodę, na pewno nie jest złą osobą.
Usiedli przy stole. Palko zjadł gulasz z pewnym zażenowaniem, ale w miarę jak gulasz się podgrzewał, zaczął się topić coraz bardziej. W końcu zaczął o tym opowiadać.
– Wiesz, wszystko zaczęło się od tej kobiety… Ufałem jej ślepo. Powiedział mi, że pomoże mi założyć firmę, muszę tylko podpisać kilka papierów. Zanim się obejrzałem, zostałem aresztowany pod zarzutem oszustwa.
– Okropny! – Elvira odłożyła łyżkę. – A trzy lata?
– Dokładny. Trzy lata za fałszywy podpis. Ale to już koniec. Znów pracuję, powróciłem do swojego dawnego zawodu. Byłem dyrektorem kliniki i znów nim jestem. Jeśli będziesz czegoś potrzebowała, po prostu przyjdź do mnie, pomogę ci – powiedział, patrząc na Elvirę, a jego wzrok zatrzymywał się na niej dłużej, niż wymagała tego zwykła uprzejmość.
Ciocia Zsuzsa oczywiście niczego nie przeoczyła. Odchrząknął, ale nic nie powiedział.
Później Palkó pożegnał się. Zanim wyszedł, wręczył Zsuzsie małą kopertę.
– Oto pieniądze, które mi pożyczyłeś. I dziękuję… za to, że we mnie wierzyłeś, gdy nikt inny tego nie zrobił.
„Uważaj na siebie, synu” – powiedziała mu staruszka. – I wróć do nas z wizytą. Nie tylko dla pieniędzy.
Następny tydzień minął spokojnie. Elvira wyzdrowiała, Marci wróciła do szkoły, a Zsuzsa znów zaczęła sprzedawać warzywa na targu. Teri oczywiście nigdy nie omieszkała dodać swojego codziennego komentarza:
– Czy ten chłopak oddał ci pieniądze? – zapytał sarkastycznie.
„Nie dość, że je oddał, to jeszcze przyszedł do nas na kolację” – szybko odpowiedziała Zsuzsa, a Teri o mało nie wypluła kawy.
– U ciebie w domu? Jesteś szalony!
„Wolę powiedzieć, że nadal jestem człowiekiem” – mruknęła Zsuzsa, po czym wróciła do wagi i zważyła kilogram pomidorów dla starszego klienta.
Była sobota po południu. Słońce już zachodziło i złote światło sączyło się przez okiennice. Zsuzsa piekła krakersy, Elvira pisała przy kuchennym stole (w końcu znów zaczęła wysyłać CV), a Marci rysowała na dywanie.
Nagle na zewnątrz rozległ się dźwięk rogu. Zsuzsa podeszła do okna, odsunęła zasłonę i powiedziała niskim, podekscytowanym głosem:
– Elvira… Spójrz tutaj. Twój chłopak przybył…
– To? – Elwira upuściła list i pobiegła do okna. Przed domem zatrzymał się elegancki, ciemnoniebieski samochód. Drzwi kierowcy się otworzyły i Palkó wysiadł z dużym bukietem kwiatów w ręku.
Elvira stała tam z otwartą buzią. Jego serce biło szybko. Marci już pobiegła do drzwi:
– Matka! Przybył wujek Palkó! Z kwiatami!
Zsuzsa wyprostowała się i uśmiechnęła złośliwie:
– No więc… w końcu ta pewna uroczystość dotarła i tutaj.
Elvira niepewnie otworzyła drzwi. Był tam Palkó, ubrany w marynarkę, ogolony, wyperfumowany: nie było już śladu po zmęczonym i wyczerpanym młodym człowieku, który miesiąc wcześniej prosił na targu o jabłka na kredyt.
– Cześć… – powiedział Palkó, trochę zawstydzony. – Mam nadzieję, że ci nie przeszkadzam.
– Oczywiście, że nie – odpowiedziała Elvira z lekkim uśmiechem.
– Myślałem… mógłbyś zaproponować mi kawę. Albo… jeśli nie masz ochoty wychodzić, to też nie ma problemu. „Przyniosłem świeżo zmieloną kawę” – puścił do mnie oko, lekko unosząc papierową torbę.
– Wsiadaj. Ale teraz twoja kolej, żebyś opowiedział, co się wydarzyło odkąd wyjechałeś – powiedziała Elvira, wpuszczając go do środka.
Marci natychmiast pokazała gościowi swój rysunek: „To ty, wujku Palkó, z twoją mamą i naszym małym pieskiem, którego niedługo kupimy”.
Zsuzsa przemówiła cicho z tyłu sali:
– No cóż… wygląda na to, że jednak nie był taki szalony.
Palkó podszedł do niej i wręczył jej bukiet kwiatów.
– Gdyby nie ty, nie byłoby mnie tutaj. Dziękuję. Największym długiem nie były pieniądze… ale fakt, że ktoś we mnie wierzył, gdy nikt inny tego nie robił.
– Czasem dobre słowo lub jabłko jest warte więcej niż myślisz – szepnęła Zsuzsa. – No dalej, zanim ciasteczka wystygną.
Tego wieczoru Zsuzsa siedziała w bujanym fotelu, robiła na drutach i słuchała śmiechu, brzęku szklanek i swobodnych rozmów dochodzących z kuchni.
Deszcz przestał padać. Światło księżyca padało na szybę okna.
A Zsuzsa się uśmiechnęła.
– Oto… teraz szczęście przyszło i do nas.







