Strażacy uratowali szczeniaki z kanału, ale to, co znaleźli, było nieoczekiwane.

POZITÍVNE PRÍBEHY

Ta historia niedawno przydarzyła się węgierskiej straży pożarnej w Pilis, niedaleko Szentendre. Lokalna straż pożarna nie tylko gasi pożary, ale także regularnie pomaga podczas powodzi i burz, a często ratuje zwierzęta znajdujące się w niebezpieczeństwie.

Pewnego ranka strażacy zawodowi z Szentendre otrzymali alarm. Zadzwonił do nich przechodzień, który usłyszał płacz dochodzący spod pokrywy studni. Myślał, że w środku są uwięzione szczeniaki i nie mogą się wydostać.

„W kanalizacji może być szczeniak” – powiedział podekscytowany rozmówca. „Może upadli albo ktoś nimi rzucił.” Płaczą bardzo dużo!

Szef straży pożarnej, porucznik András Farkas, podjął natychmiastowe działania.

„No dalej chłopaki!” Kierujemy się do skrzyżowania z ulicą Török. Odbędzie się akcja ratowania zwierząt z kanału.

– Psy? – zapytał jeden z nich, Márk Juhász. „Mam nadzieję, że nic ci się nie stało.”

„Zobaczymy.” Ale weź ze sobą koc, pudełko i światło, rozkazał András.

Gdy dotarli na miejsce, przechodzień wciąż tam czekał i wskazywał palcem miejsce. Pokrywa włazu została lekko odsunięta i rzeczywiście dało się usłyszeć niskie, żałosne jęknięcie.

„Dźwięk dochodzi stąd” – powiedziała zaniepokojona kobieta. „Słyszę to od co najmniej pół godziny”.

Strażacy szybko zabrali się do pracy. Ostrożnie podnieśli pokrywę, po czym jeden z nich zszedł na linie i oświetlił wnętrze lampą.

“Widzę cię!” – wykrzyknął Mark. „Jest ich trzech!” Są malutkie, z czarnym futerkiem… Myślę, że to szczeniaki labradora!

„Czy możesz je przynieść?” – zapytał Andras.

– Tak, nie są głębokie i nie są uszkodzone. One po prostu drżą.

Małe zwierzęta wyprowadzano jedno po drugim. Wszyscy trzej się trzęśli, ale nie wydawali się ranni. Strażacy owinęli je w koce i umieścili w pudełku.

“Biedactwo!” Jak się tam dostałeś? Andras pokręcił głową.

„Nigdzie nie ma matek-suk” – powiedział Mark. „Może ktoś je wyrzucił?”

„Albo po prostu odeszli i wpadli do wody” – dodał drugi strażak, Zoltán Kiss.

Oparł się o pierś. Zaskomlał prawie bezgłośnie, a jeden z małych liska odpowiedział. Lisica rozpoznała go natychmiast.

Gdy ludzie próbowali ogrzać małe zwierzęta, skontaktowali się przez radio z weterynarzem i wkrótce przybyła pracownica kliniki dla małych zwierząt w Vác, dr Anna Lengyel.

“Te?” Zapytał, kiedy ich zobaczył. – Hmm. Są bardzo małe. I one naprawdę mają ciemne futro… Labradory? No cóż, na pierwszy rzut oka tak się wydaje.

Anna zbadała je dokładnie, zmierzyła temperaturę, dotknęła palcami i przyłożyła do uszu.

„Są dość zimne.” Dobrze, że znaleźli ich na czas. Musimy ich zabrać, pobrać im krew i sprawdzić, jak długo tam przebywają.

„Dowiedz się, czy wszystko w porządku” – powiedział András – „i daj mi znać, jeśli będziesz potrzebować więcej pomocy”.

Reklama
“Zdecydowanie.” „I dziękuję za szybką interwencję” – zgodziła się Anna.

Dzieci umieszczono w karetce pogotowia i przewieziono do kliniki Vác.

Kilka godzin później w remizie strażackiej zadzwonił telefon. Andrew odebrał.

“Tak?” Przemawia András Farkas.

Po drugiej stronie linii rozległ się głos Anny:

– Poruczniku… no cóż, mamy pierwsze wyniki. I mamy małą niespodziankę.

“Czy wszystko w porządku?” – zapytał natychmiast András.

“Dobry.” Są nakarmieni, jest im ciepło. Ale… cóż… te zwierzęta nie są szczeniakami. I psów też nie.

“To masz?” – Andras był w szoku.

„To są małe liski.” Młode szczenięta lisa rudego, w wieku od 3 do 4 tygodni. Ciemne futro było mylące, ale teraz, gdy włosy wyschły i przyjrzeliśmy się im bliżej, wszystko stało się jasne. Ich zęby, uszy, ogony… wszystkie są jak u lisa.

„To nic…” András westchnął. „A co się z nimi teraz stanie?”

„Zabierzemy ich z powrotem na miejsce zdarzenia”. Może ich matka ich szuka. Ale będziemy musieli obserwować, czy wróci. Jeśli po nie nie przyjdziesz, zabierzemy je do Centrum Ochrony Przyrody Fót, gdzie zostaną wychowane.

„W takim razie my też pójdziemy.” Nie zostawimy ich samych

Anna uśmiechnęła się do telefonu. „Dlatego podziwiam pańską pracę, poruczniku.”

„To nie jest tylko praca”. To jest… odpowiedzialność.

Po południu małe liski zostały zabrane z powrotem do kanału na ulicy Török. Strażacy ruszyli ponownie, ale tym razem celem nie była już akcja ratunkowa, lecz danie nadziei.

Czy powinniśmy je tu zostawić? – zapytał Márk Juhász, kładąc koc na podłodze.

Reklama


„Wcale nie” odpowiedziała dr Anna z Polski. – Wkładamy je do zamkniętego, ale wentylowanego pudełka i zostawiamy obok trochę jedzenia. Będziemy obserwować z daleka, czy ich matka po nie wróci.

„A co jeśli nie?” – zapytał Zoltán Kiss.

„Następnie jutro rano przewieziemy je do ośrodka dla dzikich zwierząt”. Tam są wychowywane przez profesjonalistów, a gdy osiągną odpowiedni wiek, są wypuszczane z powrotem na wolność.

Trzy małe liski przytuliły się w ogrzewanym pudełku. Jeden z nich powoli się przeciągał, drugi cicho chrapał przez sen, a trzeci niespokojnie wiercił się w łóżku.

Anna i András obserwowali ich zza drzewa.

„Wiesz…” Anna zaczęła cicho, „wiele osób myśli, że strażacy po prostu gaszą pożary”.

„Tak” – zgodził się Andras. „Ale za każdym telefonem kryje się życie”. Czasami człowiek, czasami zwierzę. Ale wartość jest ta sama.

Zaczynało się ściemniać.

Dźwięki ptaków ucichły, a obszar wokół kanału ucichł. Była prawie godzina ósma, gdy w krzakach coś się poruszyło.

“Cicho!” – szepnął podekscytowany Mark. “Tylko spójrz!”

W oddali pojawił się czerwonawy cień. Podszedł ostrożnie i cicho. Strażacy i weterynarz obserwowali sytuację w milczeniu.

Była matką-lisem. Zatrzymał się kilka stóp od pudełka i wziął głęboki oddech. W jego oczach widać było wątpliwości. Czuła zapach człowieka, ale krzyki jej szczeniąt były znajome.

Po dłuższej chwili podszedł bliżej.

Oparł się o pierś. Zaskomlał prawie bezgłośnie, a jeden z małych liska odpowiedział. Lisica rozpoznała go natychmiast.

Wyciągał je po kolei ustami i znikał z nimi w krzakach. Nie spieszył się, nie śpieszył się. Wiedziałem, że jestem bezpieczny.

Obserwatorzy nie poruszyli się. Westchnęli tylko, gdy ostatni lis zniknął między drzewami.

„To…” zaczął Mark, „to było piękne”.

„Tak” – zgodziła się Anna. „W życiu człowieka zdarzają się nieliczne takie chwile”.

„To było jak cud” – powiedział Zoltán, zdejmując rękawiczki.

András wpatrzył się w ciemność i dodał cichym głosem:

„Nie uratowaliśmy żadnych szczeniąt”. Ale oddaliśmy sobie nawzajem rodzinę. Na koniec dnia nie można sobie niczego więcej życzyć.

Następnego ranka miejsce zdarzenia zostało ponownie sprawdzone. Nie było żadnego śladu tego, co się wydarzyło: tylko kilka małych tropów lisa w błocie i puste pudełko przy kanale.

Strażacy wrócili na posterunek, przygotowani na kolejny alarm. Ale wczorajsza noc pozostała w ich pamięci na zawsze.

Dwa tygodnie później w lokalnej gazecie ukazał się krótki artykuł o akcji „Ocalenie szczeniąt lisów w Pilis”. Tylko jedno zdjęcie: trzech zmęczonych, ale szczęśliwych strażaków, weterynarz i małe zwierzęta leżące blisko siebie w klatce.

Pod obrazkiem widniał napis:

Rate article
Add a comment